But it was only fantasy.


Kiedyś było prościej, myślał Caerwyn, stojąc na rogu krzyżujących się maluczkich uliczek, patrząc wgłąb bez emocji. Widział brudne dłonie wyciągnięte w błagalnych gestach, twarze wykrzywione w grymasach bólu i słyszał szlochy, słyszał głosy – drżące, przesycone strachem, niepewnością. Czy przeżyją tę noc? Czy ich miejsce zajmą inni, tak samo pokrzywdzeni, tak samo zlęknieni? Nokturn nie oszczędzał słabych. Żeby przeżyć, musieli wykazać chęć. Musieli pokazać, że naprawdę pragną i zrobią wiele, naprawdę wiele. Wszystko. Oni jednak nie mieli tej świadomości.
Kiedyś było prościej, myślał, mrużąc modre ślepia, zaciskając popękane blade usta. Gdy nie musiał na to patrzeć, gdy nie przyjmował tego ze stoickim spokojem, gdy nawet czasem się bał. Drżał przed czymś, przemawiał z obawą, jak i oni, żebracy, życiowi wykolejeńcy. Tęsknił za tym, za zwyczajnym lękiem, za byciem tchórzem, za rozróżnianiem czerni od bieli, dobra od zła, przyjemności od bólu. Teraz wszystko było jednakowo szare, jednakowo rozmazane i nieostre, odległe i obce. Obojętne.
Wtedy było prościej, myślał mimowolnie, ruszając prosto przed siebie, krzywiąc się lekko, odpalając kolejnego papierosa. Żaden Diabeł nie lubi przecież czekać.

*


- Spóźniłeś się – oświadczyła już na wstępie, unosząc lekko kąciki ust, przekrzywiając odrobinę głowę; Caerwyn czuł, jak gdyby wwiercała się wzrokiem w jego duszę, chcąc poznać każdy szczegół, każdą skrzętnie skrywaną tajemnicę. Nie odpowiedział, spoglądając gdzieś w bok, ku wychodzącym zza winkla pijaczynom.
- Gdzie byłeś? - Młodzian spojrzał na nią leniwie, unosząc brew ku górze, szukając znów papierośnicy; dziewczyna nie wyglądała jednak na zniechęconą, spokojnie oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi, poprawiając swą przedziwną fryzurę. Parsknął więc cicho, nieprzyjemnie, chcąc czem prędzej zakończyć śmiechu warty pokaz. Te jej pytania, to udawane zainteresowanie – naprawdę tego nie potrzebował.
Jego uwadze nie umknął przelotny grymas wykrzywiający jej twarz, coś na kształt zawodu, może bólu, prędko jednak zniknął, zastąpiony przez jedną z idealnych masek opanowania i chłodu, toteż nie zwrócił na niego większej uwagi. Nie umiał przecież rozróżniać uczuć, pewnie mu się zdawało, dociekać nie miał zamiaru. Nie była jego sprawą.
Z gracją odepchnęła się od muru i wyminęła go, znów uśmiechając się lekko, swobodnie, rozluźniając nawet piąstki; jedynie szare ślepia nadal pozostawały przepełnione tym, czego nazwać nie potrafił, albo raczej zwyczajnie nie chciał. Tym, czym chyba go irytowała.
Ruszył jej śladem, nadal milcząc, napawając się ukochaną ciszą; żwawo mijali kolejne zapuszczone budynki, pokonywali kolejne wąskie przejścia Nokturnu, aż znaleźli się na przerażająco jasnej ulicy Pokątnej, a z niej finalnie na terytorium niemagicznym, zamieszkanym przez mugoli. Caerwyn nie miał pojęcia dokąd zmierzają, ani jak długo to potrwa, nie czuł się również z tego faktu szczególnie zadowolony; odezwać się jednak nie miał zamiaru. Przecież tak było łatwiej, przyjemniej, a już na pewno naturalniej. Nie znali się, spędzali ze sobą czas z czystego przymusu, nie powinni nigdzie chodzić razem. Następnym razem to on umówi się z informatorem, dla niego żaden problem; ona zaś może zostać w sklepie i pilnować dobytku, który miał im pomóc odbić się od dna. Albo sprzątać. Tyle tam pajęczyn i kurzu...
- Przy Balvianie spróbuj zawrzeć gębę i nie mielić zbytnio ozorem - oświadczyła dwa papierosy później, mimowolnie spoglądając na niego przez ramię, przystając przed ceglastym budynkiem dworca; mugole mijali ich, wodząc dookoła badawczym wzrokiem, pędząc ku odpowiednim peronom, żyjąc w tej błogiej nieświadomości. Próbowała się do niego upodobnić, jednak w jej głosie pobrzmiewało rozgoryczenie. A Borgin nie rozumiał.
- A, rzeczywiście, już zapomniałeś jak się go używa. - Jej usta wykrzywiło coś na kształt uśmiechu, sztucznego grymasu, przykrywki dla nienazwanej myśli. Chyba miała zły dzień, Caerwyn zaś nie miał ochoty odpowiadać na niekończące się zaczepki. Chmury znów zbierały się nad Londynem, zwiastując kolejną gwałtowną burzę, słońce zgasło, papierosowy dym jaśniał w ciemności; taka pora roku, taki kraj, takie życie. Nieprzerwana rutyna, machinalnie powielane wzorce, szarość i atramentowe kontury rozmazywane przez pierwsze krople deszczu.
Jak na ironię losu, właśnie wtedy zobaczył ją w tłumie, zobaczył jej śliczne lico, a serce załomotało głucho, a w myślach zadźwięczała treść listu, zgniecionej pergaminowej kuleczki. Drżąca, blada dłoń podtrzymująca cygaretę zatrzymała się w pół drogi do rozwartych warg, słowa wypowiadane przez Hesper przestały do niego docierać. Jedyna taka okazja, jedyna taka szansa, Merlinie! Ruszył, bez słowa wyjaśnienia, przepychając się między oburzonymi przechodniami, łapczywie chłonąc wzrokiem całą jej sylwetkę, całą ją. Merlinie, oby tylko...! Nie mogła mu uciec, nie teraz, kiedy ją znalazł, kiedy się na nią natknął; to przeznaczenie, niemożliwe, los mu sprzyja. Jeszcze chwila, dwie; przystanęła siłując się z parasolem, pozwalając mu się zbliżyć. Później oboje zamarli, a świat razem z nimi.
- Ja...
- Nie uciekaj. Proszę – wypalił prędko, błagalnie, widząc strach wykrzywiający jej twarz, widząc jak płochliwie wodzi dookoła wzrokiem, najpewniej szukając pomocy. Była z kimś? Co tu robiła?
- Dostałeś list? - spytała, niby to naturalnie, niby spokojnie, zakładając za ucho kosmyk ciemnych, sięgających żuchwy włosów. Wyglądała ślicznie. Uroczo. Pięknie. Nawet kiedy grała na czas, trzęsącymi się dłońmi próbując przytrzymać parasol; deszcz przybierał na sile, a ona była taka krucha. Taka słaba. I po prostu się go bała.
Kiwnął głową, zastanawiając się, czy nie popełnił błędu. Powinien dać jej spokój już dawno. Powinien zostawić. Chciała tego, prosiła o to, błagała; bała się go i bała się tego dziwactwa, jego życia, zwyczajnej prawdy o Borginie. Jego anioł był mugolem, który przypadkiem dowiedział się odrobinę zbyt wiele. Któremu pokazał zbyt wiele. Który go odrzucił.
Otworzyła usta, poruszając nimi niemo; wiatr zadął mocniej, przyprawiając jej kasztanową aureolę, pozwalając mu poczuć woń wanilii. Biedna, malutka ofiara żywego trupa.
- Borgin, co Ty do jasnej cholery...? - Coś mocno szarpnęło go za ramię, zdziwiony oderwał więc od niej wzrok, na chwilę, ledwie mgnienie. To jednak starczyło. Zniknęła.
Hesper, kurwa, Ty Diable.

*


Opierał się o pień wiekowego drzewa, wlepiając wzrok wprost przed siebie, w zieleń przeplataną srebrzystą mgłą. Dookoła panował mrok, rozświetlany jedynie rozmytym, księżycowym blaskiem, mrugającymi czasem gwiazdami. Środek lasu, jakaś polana; musiał oczekiwać kontaktu.
Skóra Caerwyna zdawała się jeszcze bledsza i cieńsza niż zwykle. Wszystkie żyły i tętnice z trudem toczące krew, stały się zbyt wyraźne, zbyt widoczne. Włosy wisiały w strąkach. Oczy zgasły.
- Pająk?
Westchnął cicho w odpowiedzi, z ociąganiem kiwnął głową. Całe szczęście, iż tym razem umówił się sam, bez Burkes. Popsułaby wszystko. Jeszcze bardziej.
- Nastąpiły pewne komplikacje.
Młodzian drgnął, przekrzywił lekko głowę, a po chwili odbił się nogą od pnia drzewa i ruszył w kierunku z którego dobył go głos. Nie denerwował się, ani trochę; nic nie było w stanie wyprowadzić go z równowagi. Oprócz Hesper.
Stanął przy zakapturzonej postaci, słysząc jak dyszy ciężko, widząc, jak ogląda się z lękiem przez ramię.
- Mamy trupa.


// Ostrzegałam, pamiętajcie. I zdążyłam, je.



19 października 2010, 22:21
12 | +



[Ja dla siebie. Deviantart, weheartit i nieśmiertelni floydzi. Paszoł won.]